(Oh)me - BLOG

O autorze ↓

Dziećmi jesteśmy na zawsze

I nagle świat robi obrót o 180 stopni. Spokój zamienia się w iluminację bodźców, a dom zaczyna przypominać wesołe miasteczko dopiero co rozstawione w Pruszkowie. Mam wrażenie włączonego 24/h radia, gdzie speaker przyjmuje kawę na zmianę z Red Bullem. Ciągle coś brzęczy, dźwięczy, przedmioty rotują w odstępach piętnastominutowych. A poza tym żyję w schronisku dla zwierząt. Jednym słowem odwiedziła mnie Mama.

Kto czytał mojego bloga, wie kim jest BB. Moja Mama nazywana przez znajomych Babcią Basią jest postacią wręcz legendarną w naszych okolicach. Po prostu każdy ją zna. Po pierwsze jest głośna. Po drugie absorbująca. Po trzecie dobrze uspołeczniona. Co oznacza, że jak idziemy na zakupy, to trwają one kilka godzin, bo z każdym zamieni kilka zdań. I oznacza to również to, że jak przyjeżdża, to dom staje się, hmmm jakby to ująć, „troszkę inny”.

Ale od początku. Najpierw wysiadła z auta zapakowanego po sufit. Dosłownie po sufit, bo przywiozła wielkie donice z kwiatami, które ratowała z moich partaczących rąk. - Zobacz, ożyły!- krzyczy od progu, machając laską, bo wraca do formy po złamaniu stawu biodrowego. Uchylam głowę, aby nie dostać białym kijem, bo mama w swoich ruchach jest również egzaltowana i nieskoordynowana jak ja. Za nią nieśmiało zagląda zmęczony Pan J., który przywiózł ją ciężarowym wozem, bo oprócz odratowanej roślinności zabrała też swoje zoo. Czyli: dwa duże psy i papugę. Pan J. dźwiga dwie wielkie siaty i śmieje się do mnie „To dopiero początek”.

BB wyszła po prostu z założenia, że żyjemy w Pustkolandii, gdzie nie ma nic, ani warzywniaków ani mięsnych ani też porządnych supermarketów. Jemy tylko same niezdrowe rzeczy w barach szybkiej obsługi, a lodówka świeci pustką. Pan J. wnosi więc kosze, łubianki, tekturowe pudełka z ilością jak dla kilku grup przedszkolnych: jabłek, moreli, śliwek, czereśni, poziomek, kiełbasy, szynki, sera, mleka i tym podobnych. Są także i gotowce czyli dokładnie 13 słoików z konfiturami z wiśni, truskawek i moreli oraz miód, jest i upieczony kurczak z nadzieniem, szarlotka, murzynek i jajka faszerowane. Gdyby wybuchła jutro wojna, jesteśmy bezpieczni.
Rozmawiam z przyjacielem przez telefon i opowiadam mu o migracji jedzenia z Sandomierza, a on pogardliwie parska: „To nic naprawdę w porównaniu z moją BD (Babcią Danką). Ostatnim razem z Łodzi przyjechała z: kilkoma słoikami krokodylków czyli ogórków w oliwie z papryką, pieczonym schabem, karkówką, bekonem, trzypiętrowym tortem i trzema rodzajami pierogów- po kilka talerzy każde, szesnastoma słoikami konfitur z agrestu, truskawek, wiśni i czarnej porzeczki. O rany, zapomniałbym o pasztecie z 7 rodzajów mięs!” . Moja znajoma w pracy śmieje się „U nas są zawsze słoiki: gulasz, kopytka, zupy, sosy i dżemy. Są też ciasta zawijane w sreberka na tekturowych tackach i narzekanie, że nie oddajemy plastikowych pudełek. Pomyślałabyś, żeby myć opakowania po lodach???”. W Redakcji wybucha dyskusja o tym, która mama lub teściowa robi większą wałówkę.

W nocy jest psi raban, bo dwa białe „niedźwiedzie” mamy wolno się adaptują. Jedna wyje, druga szczeka. Moje dwa czarne dołączają więc ochoczo do hasła „Spacerek o 2-ej w nocy”. Budzę się godzinę później, nadal słysząc szczekanie. Schodzę więc na dół zobaczyć, co się dzieje, gdy dostrzegam jak zjawę BB w koszulce nocnej, zaciągającej dymka. - Co robisz? - pytam. - Próbuję nie oszaleć - syczy. - Od godziny czekam aż wrócą. - To dlaczego nie ściągniesz ich z ogrodu? - Mam latać za nimi w nocnej koszuli o lasce? Fakt. Zakładam więc adidasy i przez kolejne kilkanaście minut zaganiam trzodę do domu. Co jednego wpuszczę, to drugi towarzyszy mi w naganianiu kolejnego. W końcu zabieram smaczki z psich kabanosów i wszystkie grzecznie wracają na swoje posłania. Ufff.

No nie do końca. Mama budzi się niewyspana i pokazuje nam podrapane nogi, bo jamnik postanowił spać z nią i zabrał ze sobą kostkę z podwórka, którą ocierał o jej nogi przez resztę nocy. Chyba już nie miała siły zareagować. Mama martwi się tylko, że papuga nie wydaje dźwięków (ja się nie martwię!!!). Jemy porządne śniadanie („Wreszcie dzieci coś zjedzą”) składające się z jajecznicy na skwarkach ze szczypiorkiem, ser od Pani Zosi (prawdziwy tłusty twaróg) zakrapiany prawdziwą wiejską śmietaną od Pani Haliny i popijamy bawarką czyli herbatą z mlekiem i cukrem (kiedy ja ostatnio coś takiego piłam?!).

- Fajnie jak jest Babcia - szepcze mi na ucho Klara. - Wesoło jest. Tak- myślę sobie- fajnie. Dla mnie to coś innego niż dla niej, bo mogę znów być dzieckiem. Mieć podtykane pod nos, być zwolnioną z obowiązków, przekarmianą aż do uczucia sytości przypominającym napompowany balon, czuć zapachy i smaki z dzieciństwa, czuć spokój. To samo uczucie, które bierze się z przekonania, że ktoś przejmuje kontrolę nad Twoim życiem. Ktoś, kogo kochasz i komu ufasz.

Te same rzeczy, które nas kiedyś denerwowały są teraz częścią sentymentu. Tęsknoty za tym, kim się było, tego dziecka w nas, które się postarzało i zapomina coraz częściej popatrzeć na świat z perspektywy tego, czy woli zjeść na kolację jajko na miękko czy sadzone. Jest przypominajką, że dziećmi jesteśmy na zawsze, jak pisał Ryszard Kapuściński „(…) dzieciństwo jest jedyną porą, która trwa w nas całe życie”. Dziękuję Ci Mamo, że mi o tym stale przypominasz. Dziękuję BB.

ps. Właśnie dzwonił mój Syn z turnieju, aby pochwalić się wynikami. Na koniec zaśmiał się i powiedział: „Po co zrobiłaś mi tyle kanapek, przecież wracam dziś? I wszyscy się śmieli z tych owoców pokrojonych w kosteczki. Mamo, co za obciach”. Hmmm, czyżby to był początek mojej historii jako BM, która będzie robić mu kiedyś naloty z własną wałówką?
Trwa ładowanie komentarzy...