(Oh)me - BLOG

O autorze ↓

Czy można żyć bez mężczyzny i być spełnioną kobietą? Co Pani gada za głupoty!

Przyzwyczaiłam się - mówi A. - Mam swoje rytuały i co ważniejsze mam spokój. Pierwszy raz chyba kontroluje swoje życie. Miłość jest reakcją chemiczną. Na mnie działa jak bomba atomowa. Nie chcę. - A dla mnie miłość jest abstrakcją- dodaje D. - Nie pamiętam tego uczucia. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek tego doświadczałam. Przez 30 lat mnie to martwiło, ale po 30-ce przestało. Doświadczam wielu innych pięknych uczuć.

- Mam dwoje dzieci i ułożony świat - opowiada K. - Poddaje go nieustającej krytyce, choć mi dobrze jak nigdy przedtem. Początkowo wierzyłam, że będę miała partnera, zamieszkam z kimś, ale tak naprawdę nie chce mi się niczego zmieniać. Wracam do domu, gdzie jest miłość. Fakt, macierzyńska, ale czy naprawdę potrzeba więcej? I czy kompromisy, na które będziemy wszyscy musieli pójść są tego warte?



A. śmieje się, że „nie zdążyła”. Tak, tak - wybrała awanse zawodowe i wysoką pensję, dzięki której jeździ często do Włoch, bo uwielbia Toskanię. Przestała się tego wstydzić, że dba o siebie, ma trenera osobistego i raz na trzy miesiące wpada do ulubionej doktor dermatolog. Ma romanse, dzięki którym ożywia się raz na jakiś czas, ale źle znosi rutynę. Na pamięć cytuje „swój problem”: lęk przed bliskością, racjonalizacje, lęk. Matka, ojciec, dzieciństwo- dodaje. Rok terapii grupowej dał jej świadomość, że jej życiem nie rządzi przypadek. Tak wybiera. Brak relacji.

D. trzy lata terapii dla DDA. Dorosłe Dzieci Alkoholików, które boją się dorosnąć. D. wie, że tłumaczy swoje życie, bo nadal patrzy na nie z pozycji zranionego dziecka, nie dorosłego. Wie też, że ma dość nauki bliskości. Wciąż wchodzi w swoją służalczą rolę. Zrobię to, zrobię tamto- tylko kochaj. Obdarowani po uszy - i tak odchodzą. Wampiry emocjonalne toczą z niej krew - więc odchodzi jako pierwsza. Jest zmęczona rozczarowaniami. Śmieje się, że zamieniła miłość na downhill. Jeździ rowerami po górach. Można się wypierd…- mówi.- ale to mniej boli.

Są wśród nich też inne. Bez DDA, pracoholizmu czy niechęci do patchworków. Trzydziestoparolatki, które świadomie decydują się na życie w pojedynkę. Egoistki? Uciekinierki? Niezdolne by kochać? Nie wiem. Widzę jednak, że jest ich coraz więcej. Kobiet (ale też i mężczyzn) rozczarowanych związkami, poddając w wątpliwość zjawisko miłości, zawracających ku samowystarczalności, szukających emocji w innym doświadczeniu niż intymna relacja z partnerem. Deklarują, że jest im dobrze. Dlaczego tak często musimy to podważać? Oceniać? Krytykować?

Psycholog: „To osoby najczęściej niedojrzałe emocjonalnie, które pozbawione są stabilnego wzorca miłości. Czeka je ciężka praca nad budowaniem zdolności do tworzenia bliskiej relacji”. Być może. Koleżanka: „Dla mnie to wypadkowa feminizmu. Kobietom jest teraz wygodniej bez faceta. Tak daleko posunęły się w walce o swoje prawa, że straciły zdolność bycia z kimś”. Aha. Znajomy: „Kobiety są coraz gorsze. I mają za swoje. Na końcu zostają same i w histerii odliczają swój biologiczny czas. Albo planują sobie wpadkę i wychowują potem same. I jeszcze narzekają!”. Hmm, naprawdę? Naprawdę narzekają? Zastanawiam się, dlaczego wymiar relacji z drugim człowiekiem jest aż takim kryterium oceny tego, czy kobiety są czy nie zadowolone z życia???

Wciąż mnie to uderza. Lata świetlne jesteśmy za męskim patriarchatem, a jednak to obecność mężczyzny w naszym życiu ma nam zapewnić satysfakcję, radość, sens. Mało tego: poczucie wartości, kobiecości, seksualności, atrakcyjność zewnętrzną i wewnętrzną, pozycję społeczną i masę innych rzeczy, których przecież samotna kobieta mieć nie może. I najsmutniejsze jest to, że same się tak oceniamy. Kobieta kobietę. Jak nie masz faceta, to coś jest z tobą nie tak. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się taka karykaturalna scena w filmie „Dziennik Bridget Jones”, w której Bridget przychodzi na kolację do znajomej, a przy stole są same pary, które wyśmiewają się z jej żałosnego singielstwa, którego symbolem jest wpadka z różowym kostiumem króliczka na garden party.

Poziom Bridget Jones odpowiada poziomowi takich rozważań. Uwielbiamy oceniać cudze życia, szczególnie jeśli ktoś daje sobie prawo, by żyć inaczej niż my. Dokonywać innych wyborów. Atrakcyjna, samotna kobieta po trzydziestce czy czterdziestce to zjawisko (negatywne). Skąd się więc biorą te wszystkie zadowolone, spełnione, niezwykłe kobiety żyjące same? Na pewno udają, a wewnątrz przeżywają dramat. Że ich życie się nie udało. Tak o nich myślimy.

Gdy zapytasz ich, czy tęsknią za miłością? Większość powie, że tak. Powiedzą Ci też, że goniły za nią jak za uciekającym powietrzem. Ale to było wiele lat temu. Nauczyły się żyć same. Czy czują się szczęśliwe bez niej? Tak, naprawdę tak. K. powiedziała mi ostatnio „Kurczę, uświadomiłam sobie, że za dwa lata będę miała 40-tkę na karku i pomyślałam od razu o tym, czy będę wtedy z kimś żyć. I wtedy dotarła do mnie myśl, że może już zawsze będę sama i to nie jest straszne. Mam tyle marzeń do spełnienia, Gosia”. I to jest właśnie feminizm, o którym wspominał cytowany znajomy, który pozwala jej i nam żyć i marzyć w pojedynkę. Nawet jeśli to prawda chwili. Ostatnio jedna dziewczynka przetłumaczyła mi tytuł piosenki, którą śpiewała „To jest o tym, że każdy potrzebuje kogoś kochać”. Jak ja się z tym zgadzam! Tylko… czy to zawsze musi być mężczyzna?

Spotykam Pana Mietka na ryneczku w Sandomierzu, a ten pyta mnie, czy wyszłam już za mąż. Śmieję się i próbuję jakoś wykręcić "A dobrze mi samej, Panie Mieciu". Ledwo spojrzał na mnie i rzucił na odchodnym "Co Pani gada za głupoty!". Tyle na ten temat :-)
Trwa ładowanie komentarzy...