O autorze
Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka dziecięca oraz rodzinna. Prowadząca program „Okiem Ohme". Mama 8-letniej Klary i 11-letniego Jurka.

"Co jest ciekawego w oglądaniu słoni?". O współczesnym dzieciństwie pozbawionym zachwytu

Fot. Pixabay/[url=https://pixabay.com/pl/ch%C5%82opiec-dziecko-gra%C4%87-722420/]palichka[/url] / [url=http://bit.ly/CC0-PD]CC0 Public Domain[/url]
Fot. Pixabay/palichka / CC0 Public Domain
Byłam wczoraj na fajnym pikniku dla dzieci. Koce na trawie, kiełbasa z grilla, chodzenie po drzewach i na szczudłach. Takie tam, proste rzeczy. Tym razem nie byłam z dziećmi, bo jeszcze są na obozach, siedziałam w namiocie „ekspertów” i rozmawiałam z rodzicami. W pewnym momencie przyjechały dzieci z małych miejscowości, wsi, z tak zwanych rodzin dysfukcyjnych, które dostały ten wyjazd w ramach akcji typu lato w mieście. Idą równo w rządkach z autobusu, którym przyjechały i zatrzymują się jak oniemiałe patrząc na park rozrywki, który dla innych dzieci stanowi źródło nudy. - Kiedy idziemy? - pyta swojego tatę gość pikniku, sześciolatka, ciągnąc go za rękaw. - Będzie tu coś jeszcze? - krzyczy do ucha mamy na oko dziewięciolatka. - Ale nuuuuuda- ziewa dziesięciolatek w czapce. A tamci stoją z oczami jak spodki i patrzą. Pełni zachwytu.

Radość - pomyślałam. Jak trudno dziś zachwycić dziecko. Zaciekawić. Zatrzymać jego uwagę. Sprawić, by było oczarowane. Czarodziejskie sztuczki, występy teatrów dziecięcych, wycieczka na lody (żart), zoo, seans filmowy (nawet premiera z ciasteczkami), warsztaty. Kolonie też średnie. Klara, moja córka, na pytanie jak było, po powrocie z obozu konnego: - Trójka z plusem. - Dlaczego? - dopytuję. - Oprócz koni nie było nic ciekawego.



Hmm. A koledzy? Koleżanki? Wspólne wieczory w jednym pokoju? Chichotanie przed snem i rysowanie sobie na plecach? Czesanie włosów i zabawa we fryzury? Berek? Tajemnice? Plotki? Dyskoteki?? Nic???? - Jak to się wszystko zmieniło - myślę z żalem. Dawniej kolonie były atrakcyjne, bo tam działo się więcej niż w domach. Dziś wyjazd z domu, to zmniejszenie liczby atrakcji.
Rozmawiam z kolegą trenerem, który organizuje obozy sportowe. - Gosia, oni najpierw mają syndrom odstawienny - opowiada - gdy odłączamy im sprzęty! Telefony, Ipady, gry elektroniczne i tym podobne. Wałęsają się bezwiednie po terenie ośrodka, nie wiedząc co robić. Dopiero po około dwóch dniach zaczyna się zabawa, interakcja, wpadają w inny rytm. Smutne to - myślę. Ja tak kochałam kolonie i czekałam cały rok, aż pojadę na jeden obóz w wakacje. A dziś Kris, Bis czy Mis - oferują dzieciom cały katalog do wyboru, a oni wybierają jak produkt na półce. A potem jest trójka z plusem.

Mój kolega opowiada po powrocie z wakacji: - Jesteśmy w Tajlandii. Mówię Maćkowi, że zobaczymy słonie. Słonie? - jego grymas. - Co jest ciekawego w oglądaniu słoni? Koleżanka z Redakcji: - Dziewczyny, robimy wycieczkę przyrodniczą, jedziemy do Białowieży! Będziemy oglądać żubry, pozbieramy w lesie jagody, będziemy miały kontakt z przyrodą, to jedyna taka puszcza w Europie. Odpowiedź: „Mamo, a musimy tam jechać?”.

Inna: Kochani, mam bilety na premierę Pinokia! - Tylko nie na Pinokia. - A gdzie byście chciały pójść? - Nigdzie. I jeszcze jedna: „Mam pomysł na weekend! Pojedziemy na rowerach do Kampinosu, zjemy sobie lody, będzie super! Cisza. - No co? - Ja już nie lubię jeździć na rowerze. Aha. Znacie to, prawda?

Takie czasy - tłumaczymy. - Ach ten niedobry świat multimediów! - ktoś dodaje. - Myśmy mieli prawdziwe dzieciństwo…- ktoś wspomina z rozrzewnieniem. Wszystko prawda, ale my też jesteśmy temu winni. My, rodzice. Za dużo wszystkiego. To nasze zaangażowane po kokardki rodzicielstwo, nadskakiwanie i pełnoetatowa obsługa naszych maluchów, myślenie za nich i wymyślanie im, co mają robić, zapełnianie atrakcjami pokoi, czasu i myśli przez cały rok- sprawiła, że ich dzieciństwo pozbawione jest zachwytów. Tego zachwytu z prostych rzeczy. Życia jakie jest. Odartego z plastiku, multibodźców i megabajtów tempa. Trochę kojarzy mi się to z nadmuchanym zamkiem, który spotykamy na co drugim evencie dla dzieci. Jak włożymy w niego szpilę - nic z niego nie zostanie, a dzieci będą miały twarde lądowanie.
Moja koleżanka czyta co pisze i komentuje: - Nieprawda. To myśmy zatracili umiejętność pokazywania im piękna w prostocie życia. Nie chce nam się. Łatwiej ulec ziewaniu i grymasom niezadowolenia, zrezygnować z pomysłu i włączyć TV. Pojechałyśmy do tego lasu, bo im kazałam - kończy swoją historię. Zbierałyśmy jagody i oglądałyśmy żubry. Dziewczyny były zachwycone, a ja… zdziwiona. Że to działa.

To, że to działa - widzę w oczach dzieci na pikniku. Mają równo zawiązane chusty na szyjach i popiskują z radości, gdy Pan proponuje im chodzenie na szczudłach. Jedna dziewczynka podchodzi do mnie i mówi: - Proszę Pani, tu jest jak w bajce. Przytulam ją i zastanawiam się, czy trzeba mieć trudne życie by to widzieć. Czy potrzebny jest aż taki kontrast? I myślę o tym, jak tu zrobić, by nie pozbawić dzieciństwa swoich dzieci- zachwytu.

I odpowiadam sobie: Przestać tyle robić. Po prostu.
Trwa ładowanie komentarzy...